Coraz częściej przekonujemy się, że istotą kryzysu, w jakim tkwi świat, a wraz z nim Kościół, jest brak Jana Chrzciciela. Odkąd przyszła moda na picie kawy bez kofeiny, mleka bez mleka i czekolady bez cukru, nietrudno sobie wyobrazić chrześcijaństwo bez Chrystusa. Katolicyzm stoi dzisiaj na dramatycznym rozdrożu: nadrabiać 200 lat zapóźnienia względem świata – jak chciał kard. Martini z Mediolanu, czy wybrać bliską więź z Chrystusem, jak nauczał Benedykt XVI? Wybieram opcję Benedykta XVI, ale to kosztuje odrzucenie przez ten świat. Nawet buty do trumny ubrali mu czarne, bo nie zasługiwał na czerwone. O takich na Śląsku mówi się: boroki.

